Kasy samoobsługowe są dla biedaków – epopeja!

Kasy samoobsługowe są dla biedaków – ciąg dalszy!

Bywa tak, że zapędzimy się w swoich przemyśleniach tak bardzo, iż ciężko się nam wycofać. Mam wrażenie, że to właśnie ma miejsce w przypadku felietonów o kasach samoobsługowych – felietonów, który wywołały spory ruch wśród „zwykłych klientów”.

ZDJĘCIE: Stock

Spider’s web znowu to zrobił! Druga część tej wspaniałej historii już wylądowała w Internecie. Pierwszy tekst skomentowałem na szybko na LinkedIn. Autor felietonu zdecydował się jednak przypuścić drugi atak na niczego niespodziewających się klientów „biedry” – i tym razem rozpisałem się trochę bardziej, a na LinkedIn zabrakło przestrzeni.

Kasa niezgody – konflikt poglądów

Na początek, chciałbym okazać ogromny szacunek dla autora, za wywołanie takiej burzy w Internecie. To trzeba umieć – a 244 komentarze pod drugim tekstem? Szał! Dodatkowo czyta się to nieźle i jest bardzo spójne. Szkoda, że zastosowany proces myślowy nie działa i w mojej opinii jest krótkowzroczny.

Podobnie do pierwszego wpisu i tu odniosę się do najważniejszych moim zdaniem kwestii, zawartych w felietonie:

  1. Trzy przykłady „absurdów samoobsługi” – taksówkarz siedzący z tyłu, Paczkomaty, hipoteza o pracy magazyniera.
  2. Oszczędności na pracownikach/kasjerach.
  3. Oszczędność czasu to mit i psychologiczny zabieg.
  4. Kasy samoobsługowe to tresura. 

Jeśli interesuje Cię krótka argumentacja pierwszej części, zapraszam tutaj. A teraz…

Argumenty anegdotyczne

Lubię odwracać kolejność i przełamywać konwencję, więc zacznę od końca. Stwierdzenie, że kasy samoobsługowe to tresura klientów jest mocno obrazowe – za to szacun, bo działa na zmysły! Ponownie też pada tu argument dot. dzielenia klientów na tych zamożnych i tych biednych. Ja ponownie podkreślę – dyskont to nie delikatesy. Z zasady przychodzimy tam zrobić podstawowe zakupy, a cały proces ma być szybki, bezstresowy i możliwie przyjemny. Kasy samoobsługowe to wynik potrzeb klienta, nie odwrotnie. Czy chodzi o to, żebyśmy szybciej kupowali? JASNE! Nam jednak przecież zależy na tym samym. Nikt nie tresuje mnie do zakupów w ten sposób – sam wybieram taką formę, by nie przerywając audiobooka czy słuchania muzyki, móc zrobić szybciutko zakupy.

Co automatycznie łączy mnie z 3. Oszczędność to mit. Ponownie pojawia się tu argument, że chodzi o złudzenie „wykonywania czynności” i przez to, że robimy coś przez cały proces zakupów, mamy wrażenie szybszego się ich odbywania. Mam tu trzy kontrargumenty.

Pierwszy – nawet jeśli, to chodzi o to, jak czuję się po zakupach. Jeśli trwa to tyle samo, ale ja czuję się lepiej – biorę w ciemno.

Drugi – liczby kas nie da się podważyć. 6 to więcej niż 2, więc niestety, mimo usilnych prób – jest szybciej.

Trzeci – sprawdziłem to. Wykonałem dwie rundki (w odstępie kilku minut) po Biedronce, kupując dokładnie ten sam zestaw 4 produktów – używając różnych kas. Używając kasy samoobsługowej, wszedłem i wyszedłem ze sklepu w 5,5 minuty. Próbując skorzystać z kasy z kasjerem, zakupy zajęły mi o blisko 7 minut dłużej. Liczby kas nie oszukasz.

Pechowiec

Powtarzającym się tu argumentem są „niedziałające i zacinające się kasy samoobsługowe” – i doprawdy współczuję autorowi. Raz czy dwa zdarzyło mi się naciąć, ale zasadniczo nie mam z tym problemów. Tam gdzie dotychczas kupowałem, wszystkie kasy działały. W Rossmanie, Żabce, Biedronce czy Lidlu.

Jeśli o oszczędzanie na pracownikach chodzi, to znajdujemy tu pewne niezrozumienie działania takich sklepów. Zazwyczaj otwarta jest jedna kasa na stałe – tam siedzi kasjer. I ta nie zniknie, bo ludzie wciąż płacą gotówką i jakoś trzeba zbierać naklejki. Reszta załogi musi dzielić pracę pomiędzy działaniami na sklepie a dochodzeniem na kasę, gdy kolejka stanie się absurdalnie długa. Dzięki samoobsłudze, pracownicy mogą skupić się na całej masie obowiązków do wykonania (a uwierzcie, że jest jej sporo) bez przerywania, by obsłużyć klientów. Nie ma tu więc oszczędności na pracownikach, chyba, że chodzi o oszczędzanie ich czasu. I pieniędzy – bo za pomyłki na kasie przy płatności gotówką, zazwyczaj odpowiada kasjer, który „popełnił błąd”.

Przypowieści o samoobsłudze

Na koniec trzy „przypowieści” autora. 1. Czy taksówkarz, kiedy po nas przyjeżdża, siada z tyłu i sami prowadzimy auto? Przecież istnieje duża szansa, że znamy miasto lepiej. Argument wydaje się solidny jak skała. Problem w tym, że jest źle ujęty. Usługi tego typu od lat cieszą się ogromną popularnością i znam osoby, które wręcz wolą same prowadzić. Taki serwis nazywa się np. Traficar i nie sądzę, by był niszowy, a ludzie narzekali, że każe się im wykonywać pracę na rzecz właściciela pojazdu. 2. Paczkomaty są po prostu wygodne! Zamiast czekać w domu na kuriera i być przyklejonym do krzesła – mogę wyjść kiedy chcę. Następnie odbieram sms’a, idę i wyciągam paczkę kiedy chcę. Kurier nie musi biegać po schodach. Basta. Jest lepiej.

Trzecia przypowieść to już mam wrażenie hiperbola wynikająca z frustracji i chęci DEFINITYWNEGO wybicia argumentów drugiej strony. Przeciągnięcie kas samoobsługowych na pomoc w wypakowywaniu i rozładunku asortymentu. Tak, gdyby BHP pozwalało, to zapewne chodzilibyśmy po magazynach. Makro od lat stosuje podobny sposób, chodź dziś już bardziej przypomina sklep. Ikea natomiast jest doskonałym przykładem „rozładuj to sam”. Baa, złóż to sam! Przecież meble składam zamiast montera! I nie ma w tym nic złego, jeśli wiąże się to z oszczędnością czasu i pieniędzy. Hiperbola więc nie działa niestety.

Czas podsumowań i refleksji

Pierwszy felieton już od tezy był błędny, mieszając ze sobą bardzo różne usługi i wypierając rzeczywistość – trzymał się jednak kupy i miał spójny przewód myślowy. Można było polemizować, ale takie było zdanie autora i starał się je uargumentować. To był dobry tekst, wnoszący coś do dyskusji na temat kapitalizmu.

W drugim tekście widać jednak emocje – i one wyprowadziły autora na manowce argumentów hipotetycznych i hiperbol. Prawda jest taka, że samoobsługa to pierwszy krok w stronę zeroobsługi, do czego dąży technologia. Chodzi o to, by zaoszczędzić czas klientów i zapewnić im wygodę, a firmie górę pieniędzy.

Tak jak elektryczność wyparła świece, samochód wyparł konie, a hodowle łowiectwo – tak zwiększenie autonomii i automatyzacja zakupów wyprze dobrze nam znane procesy. W prawdziwie luksusowych przybytkach zostaną – ale luksus zawsze opierał się nowoczesności. Dlatego Patek do dziś nie ma w ofercie smartwatcha – a i tak jest większym marzeniem wielu, niż Apple Watch Ultra. Jest też znacznie, znacznie droższy.

Autor: original_JN

Scroll to Top