Velocipastor

Velocipastor. najbardziej świadomy film w historii.

Filmy Klasy B to już dawno nie kino – to cała kultura. To już nie wyłącznie filmy puszczane na TV6. To obrazy, przy których zbieramy się z przyjaciółmi, by obejrzeć coś wyjątkowego w świecie wszechobecnych blockbusterów.

ZDJĘCIE: Hollow Tree Films Laika Come Home

Velocipastor. 75 minut czystej doskonałości. Film świadomy, dokładnie wiedzący czym jest i co robi. 5,3 na Filmwebie to ocena stanowczo nie oddająca „kunsztu” i „perfekcji” tego dzieła – pokazuje jedynie to, jak wiele osób nie wiedziało, co ogląda.

Świadomość to klucz
 
Nie jest wyjątkiem sytuacja, w której autorzy niskobudżetowych obrazów są świadomi swoich ograniczeń. Brak środków można rekompensować w różny sposób, jednak wyróżnić tu możemy trzy rodzaje filmów. Są te kręcone z zamiarem bycia poważnymi, w których po fakcie dostrzeżono niedobór dolarów – zazwyczaj to po prostu stosunkowe średniaki lub typowe gnioty. Są te, w których braki w portfelu znane są od początku, więc produkcja thrillera (dlaczego to zazwyczaj horrory lub thrillery?) realizowana jest bez zaangażowania, bez pomysłu i bez polotu, bo „po co, skoro nie ma siana?” – te są najgorsze. Stawiam je w szeregu z Poznaj moich spartan czy Igrzyska na kacu – czyli filmami tak prostymi, że niemal obrażają inteligencję widza i robionymi bez większego planu. Co pewien czas zdarzają się jednak perełki, w których autorzy wiedzą o swoich ograniczeniach od samego początku, jednak tak planują scenariusz, by zrobić możliwie najlepsze kino za jak najmniejsze pieniądze. Próbują w poważny scenariusz, który w ich realiach jest niemożliwy do realizacji (bo wyszedłby śmiesznie), wpleść elementy absurdu, tworząc często arcydzieła kultury zostające z nami na lata. Wychodzą z założenia, że skoro nie mają kasy, to mogą przynajmniej dobrze się bawić i zrealizować coś, co z dużym budżetem nie miałoby racji zadziałać. W ten sposób powstawały legendy – Zombibobry, Płonąca opona, Zęby, Martwica mózgu (o tym też będzie)… I Velocipastor.
 
Fabuła – czyli Wietnam, dinozaury i pradawny zakon ninja 
 
Stworzyć coś niezapomnianego i niebanalnego we współczesnym kinie nie jest łatwo. Filmy festiwalowe (o których już kiedyś pisałem) w istocie są niecodzienne, ale raczej skierowane do dość zamkniętej społeczności i często przesadnie ambitne. Blockbustery, które zdominowały współczesne kina, są po prostu duże – jednak czasami brak w nich treści (a czytając opisy można niekiedy wysnuć wniosek, że to klasa B, w której kierunku ktoś sypnął gotówką). Filmy studyjne są często dostatecznie dobrze nakręcone, lecz z powodu kierowania ich do możliwie szerokiej grupy odbiorców, nagminnie mają oklepane scenariusze, powtarzające się klisze i wyświechtane motywy. Właśnie z tego powodu Klasa B jest wyjątkowa. Nie ma tu złych scenariuszy – jednak ze względu na stosunkowo niski próg wejścia, wyróżnić się jest trudno. Velocipastor jest wyjątkowy. Ma wszystko, czego możemy szukać – romans, zdradę, magię i pastora zmieniającego się w dinozaura na skutek zacięcia się prehistorycznym artefaktem, który nadaje mu moc walki ze złem… Tak, nie jest to raczej film na romantyczny wieczór z drugą połówką, ale z drugiej strony – dlaczego nie?
 
O poziomie, z jakim mamy do czynienia, dowiadujemy się dosłownie w pierwszych sekundach seansu. Uczciwe, według mnie. Film rozpoczynamy bowiem poznając naszego protagonistę o dźwięcznym imieniu Doug. Otrzymujemy krótką genezę naszego bohatera (tak, do tego nie potrzeba całego dodatkowego filmu) i dowiadujemy się, co nim kieruje, jak ustawiony jest jego kompas moralny i co go napędza. Ten krótki urywek niesie ze sobą jednak znacznie więcej informacji, niż można byłoby oczekiwać. Nie mówię tu bynajmniej o płaszczyźnie fabularnej, tylko o ustawieniu naszych oczekiwań względem reszty obrazu. Bez owijania w bawełnę – rodzice Douga giną w wybuchu samochodu. Wybuchu, który wygląda najlepiej ze wszystkich jakie widziałem w kinematografii niskobudżetowej. Wybuchu, który na ekranie zaprezentowany jest słowami: VFX: Car on fire.
 

W tym momencie nie mamy złudzeń – to nie będzie dobre. To będzie doskonałe. Ze względu na złożoność filmu, przez chwilę wahałem się, czy opisać tu całą fabułę. Jest ona jednak tak złożona i tak skomplikowana, że musiałbym opowiedzieć cały film. A i tak byście mi nie uwierzyli. Skrócę więc to do kilku najważniejszych punktów. Doug wyjeżdża do Chin, gdzie znajduje ząb, który okazuje się prehistorycznym artefaktem. Kaleczy się, co jak wiemy z Marvela, daje super moce. Poznaje kobietę do towarzystwa, która zadziwiająco dobrze potrafi obijać karateków po mordach, w której rzecz jasna się zakochuje. Rodzi się między nimi potężne uczucie i razem starają się stawić czoła zakonowi ninja, który szuka artefaktu. No i jest też przyjaciel Douga, również pastor, który ginie, ale jest kluczowy dla pchania fabuły do przodu. Całość pięknie opakowana i bez ściemy.

Co czyni Velocipastora tak doskonałym widowiskiem?

To proste – świadomość. Twórcy realizowali plan. Mając budżet gotowy udźwignąć kilka kamer, niewielką ekipę i kilka pizz, starali się zrealizować świetne widowisko. Zamiast tandetnych efektów specjalnych, które często nie wychodzą nawet w dużych produkcjach (patrz: Morbius), zdecydowali się na zabiegi zabawne: zamiast wybuchu – napis, zamiast widowiskowej strzelaniny – historię zakończoną wiadrem sztucznej krwi.

Klisze? Są, muszą być. W takim filmie bez stosowania znanych zagrywek nie mogło się obejść. Śmierć rodziców, która doprowadza do zmiany osobowości bohatera i staje się motorem napędowych „drugiej natury” po jego przemianie w bestię. Niemożliwy romans, między prostytutką a księdzem – który łamie wszelkie konwenanse i normy społeczne. Antagonista, który ma prywatne zaszłości z głównym bohaterem, o których dowiadujemy się w kulminacyjnej części filmu.

To proste. Film ten zrobiony był dla czystej rozrywki i czuć, że i twórcy świetnie się przy nim bawili. Nie doszukuję się oscarowych ujęć, czy perfekcyjnej gry aktorskiej. Prawdę mówiąc, Velocipastor jest tak dobry, że nie jestem w stanie Wam nawet powiedzieć, czy aktorzy mieli jakikolwiek talent. Scenariusz zrobił robotę.

Jak w każdym dużym filmie z konfliktem w tle, musimy też otrzymać ostateczną walkę. Większą, od wszystkich, które odbyły się na przestrzeni minionej godziny. Na tym etapie znamy już się z filmem i nie możemy się doczekać widowiska. Nie będziemy rozczarowani! Ten akapit do końca, zawiera spoiler, jeśli więc chcesz się przekonać na własne oczy, przejdź do kolejnego. Doug, po tym, jak jego partnerka (ubrana w strój wojowniczki rodem z Mortal Kombat, z włosami spiętymi krótkim sztyletem) zostaje ciężko raniona, wpada w szał i zamienia się w dinozaura, który zadziwiająco mocno przypomina tyranozaura z aliexpress. Przez kilka minut widzimy pięknie zaprojektowaną walkę, w której jeden po drugim umierają ninja. Na koniec, niczym w odcinku Power Rangers, dochodzi do starcia pastora i przywódcy zakonu. Przez krótką chwilę wydaje się, że zło wygra. A następnie otrzymujemy scenę odrywania głowy. Miodzio!

Kiedy oglądać?

Teraz trochę osobistych odniesień, bo to może być dla Was ważna sugestia odnośnie seansu. O filmie słyszałem od długiego czasu na youtube – głównie dzięki Elvis the Alien i Cody Ko. Nigdy jednak nie mogłem się za niego zabrać. Seriali i filmów na rozładowanie codziennego napięcia jest naprawdę dużo. Przyszedł jednak w końcu dzień mojego kawalerskiego i panieńskiego mojej (wtedy) narzeczonej. Zbiórka w mieszkaniu, następnie podzieliliśmy się na podgrupy i każdy pojechał na swoją imprezę. Jak to w przypadku takich spędów bywa, wróciliśmy w różnych stanach skupienia. Kiedy więc pod koniec weekendu ponownie zebraliśmy się wszyscy w mieszkaniu, przy akompaniamencie strzelających kapsli od piwa, zarekomendowałem wspólne oglądanie Velocipastora.

Mimo początkowej niechęci współbiesiadników, przepchnąłem swoją propozycję i był to strzał w 10! Większość z nas obejrzała później film ze swoimi znajomymi i tak rozpoczęliśmy viralowe prezentowanie dinozaurzego-księdza po swoich paczkach. Jeśli więc macie ochotę na coś głupkowatego, ale w ten pozytywny sposób, coś, przy czym możecie rozmawiać, nie musicie uważać, a co niejednokrotnie doprowadzi Was do śmiechu – i dysponujecie w tym czasie grupką znajomych – Velocipastor będzie doskonały. I dostępny na cda. Nie dziękujcie – a gwarantuję, że będziecie chcieli!

Autor: original_JN

Scroll to Top