Velocipastor. najbardziej świadomy film w historii.
Filmy Klasy B to już dawno nie kino – to cała kultura. To już nie wyłącznie filmy puszczane na TV6. To obrazy, przy których zbieramy się z przyjaciółmi, by obejrzeć coś wyjątkowego w świecie wszechobecnych blockbusterów.
ZDJĘCIE: Hollow Tree Films / Laika Come Home
Velocipastor. 75 minut czystej doskonałości. Film świadomy, dokładnie wiedzący czym jest i co robi. 5,3 na Filmwebie to ocena stanowczo nie oddająca „kunsztu” i „perfekcji” tego dzieła – pokazuje jedynie to, jak wiele osób nie wiedziało, co ogląda.
W tym momencie nie mamy złudzeń – to nie będzie dobre. To będzie doskonałe. Ze względu na złożoność filmu, przez chwilę wahałem się, czy opisać tu całą fabułę. Jest ona jednak tak złożona i tak skomplikowana, że musiałbym opowiedzieć cały film. A i tak byście mi nie uwierzyli. Skrócę więc to do kilku najważniejszych punktów. Doug wyjeżdża do Chin, gdzie znajduje ząb, który okazuje się prehistorycznym artefaktem. Kaleczy się, co jak wiemy z Marvela, daje super moce. Poznaje kobietę do towarzystwa, która zadziwiająco dobrze potrafi obijać karateków po mordach, w której rzecz jasna się zakochuje. Rodzi się między nimi potężne uczucie i razem starają się stawić czoła zakonowi ninja, który szuka artefaktu. No i jest też przyjaciel Douga, również pastor, który ginie, ale jest kluczowy dla pchania fabuły do przodu. Całość pięknie opakowana i bez ściemy.
Co czyni Velocipastora tak doskonałym widowiskiem?
To proste – świadomość. Twórcy realizowali plan. Mając budżet gotowy udźwignąć kilka kamer, niewielką ekipę i kilka pizz, starali się zrealizować świetne widowisko. Zamiast tandetnych efektów specjalnych, które często nie wychodzą nawet w dużych produkcjach (patrz: Morbius), zdecydowali się na zabiegi zabawne: zamiast wybuchu – napis, zamiast widowiskowej strzelaniny – historię zakończoną wiadrem sztucznej krwi.
Klisze? Są, muszą być. W takim filmie bez stosowania znanych zagrywek nie mogło się obejść. Śmierć rodziców, która doprowadza do zmiany osobowości bohatera i staje się motorem napędowych „drugiej natury” po jego przemianie w bestię. Niemożliwy romans, między prostytutką a księdzem – który łamie wszelkie konwenanse i normy społeczne. Antagonista, który ma prywatne zaszłości z głównym bohaterem, o których dowiadujemy się w kulminacyjnej części filmu.
To proste. Film ten zrobiony był dla czystej rozrywki i czuć, że i twórcy świetnie się przy nim bawili. Nie doszukuję się oscarowych ujęć, czy perfekcyjnej gry aktorskiej. Prawdę mówiąc, Velocipastor jest tak dobry, że nie jestem w stanie Wam nawet powiedzieć, czy aktorzy mieli jakikolwiek talent. Scenariusz zrobił robotę.
Jak w każdym dużym filmie z konfliktem w tle, musimy też otrzymać ostateczną walkę. Większą, od wszystkich, które odbyły się na przestrzeni minionej godziny. Na tym etapie znamy już się z filmem i nie możemy się doczekać widowiska. Nie będziemy rozczarowani! Ten akapit do końca, zawiera spoiler, jeśli więc chcesz się przekonać na własne oczy, przejdź do kolejnego. Doug, po tym, jak jego partnerka (ubrana w strój wojowniczki rodem z Mortal Kombat, z włosami spiętymi krótkim sztyletem) zostaje ciężko raniona, wpada w szał i zamienia się w dinozaura, który zadziwiająco mocno przypomina tyranozaura z aliexpress. Przez kilka minut widzimy pięknie zaprojektowaną walkę, w której jeden po drugim umierają ninja. Na koniec, niczym w odcinku Power Rangers, dochodzi do starcia pastora i przywódcy zakonu. Przez krótką chwilę wydaje się, że zło wygra. A następnie otrzymujemy scenę odrywania głowy. Miodzio!
Kiedy oglądać?
Teraz trochę osobistych odniesień, bo to może być dla Was ważna sugestia odnośnie seansu. O filmie słyszałem od długiego czasu na youtube – głównie dzięki Elvis the Alien i Cody Ko. Nigdy jednak nie mogłem się za niego zabrać. Seriali i filmów na rozładowanie codziennego napięcia jest naprawdę dużo. Przyszedł jednak w końcu dzień mojego kawalerskiego i panieńskiego mojej (wtedy) narzeczonej. Zbiórka w mieszkaniu, następnie podzieliliśmy się na podgrupy i każdy pojechał na swoją imprezę. Jak to w przypadku takich spędów bywa, wróciliśmy w różnych stanach skupienia. Kiedy więc pod koniec weekendu ponownie zebraliśmy się wszyscy w mieszkaniu, przy akompaniamencie strzelających kapsli od piwa, zarekomendowałem wspólne oglądanie Velocipastora.
Mimo początkowej niechęci współbiesiadników, przepchnąłem swoją propozycję i był to strzał w 10! Większość z nas obejrzała później film ze swoimi znajomymi i tak rozpoczęliśmy viralowe prezentowanie dinozaurzego-księdza po swoich paczkach. Jeśli więc macie ochotę na coś głupkowatego, ale w ten pozytywny sposób, coś, przy czym możecie rozmawiać, nie musicie uważać, a co niejednokrotnie doprowadzi Was do śmiechu – i dysponujecie w tym czasie grupką znajomych – Velocipastor będzie doskonały. I dostępny na cda. Nie dziękujcie – a gwarantuję, że będziecie chcieli!
Autor: original_JN

